Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
magg72 *Kiedyś będę Mamą - blog4u.pl

Kiedyś będę Mamą

:: ::

Chciałabym coś wiedzieć teraz na pewno

To moja udręka, to jej sedno..)

Karierę zawodową to ja sobie odpuściłam już kilka lat temu ) Może inaczej. Nigdy nie nastawiałam się na robienie kariery. Ważne było, żeby praca dawała godziwe pieniądze, żeby je później godziwie wydać. Na to, co lubię, na pasje i podróże. Przy okazji miała być satysfakcjonująca. Miała mnie angażować, do pewnych granic oczywiście (np. nie po godzinach )). Miała stwarzać nowe możliwości i stawiać wyzwania. A ludzie, z którymi pracuję, niezależnie od pełnionej funkcji, powinni mieć wyrafinowane poczucie humoru, być życzliwymi dla świata i tworzyć wspaniała atmosferę. Jeśli to jest definicja pracy idealnej, to właśnie taką pracę miałam do tej pory. I doceniałam ją każdego dnia, nawet wtedy gdy ją przeklinałam.
Od kilku miesięcy wahają się losy firmy, dla której pracuję. To taka złotka rybka, o którą biją się Dwa Wieloryby. Ten, który był jej właścicielem do tej pory, nie chce się jej pozbyć. Ten drugi jednak zrobi wszystko, żeby atrakcyjną rybkę posiąść…I ostatnio zapadł wyrok sądu, zgodnie z którym okazuje się, że firma może przejść we władanie tego drugiego.
Nie chcemy tego, ale kto tu pyta o zdanie maluczkich, gdy w grę wchodzą grube miliony?
Niewiadomo co się z nami stanie. I to jest właśnie najgorsze. Niepewność. Nawet gdy usłyszałam wyrok sądu, czułam się lepiej niż przed, bo przynajmniej jasne było jak się zakończył spór. Tymczasem znów wróciliśmy do punktu wyjścia, bo niewiadomo, jakie zmiany nadchodzą. Nikt nic nie mówi. Na razie sobie spekulujemy w przyjaznej atmosferze. Nawet sobie z tego robimy jaja. Możliwe, że w ten sposób odreagowujemy. Ale nachodzą mnie takie myśli, że ja całkiem realnie mogę zostać bez pracy. Pomijam, że z nowym kredytem na głowie, ale i dzieckiem w drodze przecież! No bo to nasze dziecko gdzieś już pewnie jest…
Nie chcę panikować przed czasem. Pewnie zdroworozsądkowo powinnam się zabrać za szukanie nowej pracy. Nie mam do tego serca, przekonania, motywacji. A nie umiem robić czegoś, czego nie czuję. Albo zrobię to po łebkach. Gdybym była wkurzona, pewnie szybko poczułabym motywację. Ale ja wiem, że takiej firmy nie znajdę. Nie wiem jak się szuka pracy. Nie wiem jak się siebie „sprzedaje”. Wychodzę z założenia, że to inni tracą, jeśli nie dostrzegają jakim jestem wyjątkowym Kimś. I już się boję czy nie będę musiała spokornieć i pochylić głowę. Jeszcze w tej chwili wyobrażam sobie, że jeśli mają nastąpić zmiany, to na lepsze. Bo od tego te zmiany są. A co jeśli upadną idee i sprawa zacznie się rozstrzygać o kasę na przetrwanie?
Póki co, za dwa tygodnie wypad na narty, chociaż na kilka dni, chociaż w polskie góry )

Czy to się nazywa brak odpowiedzialności?


Głosuj (0)
magg72 18 02 12 / 21:22:07 [komentarzy 1] Komentuj

Julka

„Ciociu, wiesz  kto jest moją najukochańszą… kobietą?”
„kobietą?” )
„no…taką ciocią, która kocham najbardziej”
„no to nie wiem” )

„Ty, ciociu!”
Usłyszałam to wczoraj, podczas mojej drugiej wizyty u Julki. No właśnie. Skąd w ogóle pomysł, żeby ją odwiedzać? Przyznam, że nigdy wcześniej nie wpadłabym, żeby pojechać do domu ex żony brata, spotkać się z samą Anią i jej rodzicami. Co więcej – ja dochodziłam takiego prawa przed Sądem ) Okazało się, że i ciocia i dziadek też mogą uregulować kontakty z dzieckiem. Fakt, że trochę przy okazji, bo to głównie Pawłowi chodziło o uregulowanie spotkań z Julką. Chodziło przede wszystkim o to, żeby mogła u Niego nocować. To ma tym bardziej sens od kiedy wyprowadził się do innego miasta.
Rozprawy w sądzie to koszmar. Dwoje ludzi, którzy dziś stoją po przeciwnych stronach, kiedyś tworzyło rodzinę. On próbuje dowieść przed sędziną, obcą kobietą jakby nie patrzeć, że jako ojciec ma takie same prawa jak matka. Ona przyprowadza ze sobą adwokata, kompletnie niewiadomo po co.
Moja rozprawa pewnie nie była istotna z punktu widzenia sądu, adwokata, Ani. Czego taka ciocia właściwie chce? Nie ma nawet „powinowactwa w linii prostej”… Ostatecznie na drugiej rozprawie, doszłyśmy do porozumienia. Będę mogła zabierać Julkę na jakieś 3 godz. w miesiącu dokąd zechcę, ale najpierw muszę odbyć kilka wizyt u Niej.
Trochę wcześniej, zanim doszło do ugody, zastanawiałam się czy nie odpuścić. Przecież mogę mieć kontakt z Julką przy okazji, gdy odwiedzę kiedyś Pawła. Albo gdy on odwiedzi mnie. Ale to przecież nie o to chodzi… Chodzi o te wszystkie nasze małe wspólne chwile, które stworzyły więź. Najbardziej zdumiewa mnie, że pamięta co do Niej mówię. To zobowiązuje ). Gdy opowiadam Jej o reinkarnacji, Indiach, bindi muszę pamiętać, że jeśli kiedyś tam będę, mam Jej przywieźć kilka takich kropek na czoło ). Gdy mówię o Wenecji i karnawale, muszę pamiętać następnym razem o masce dla Niej ) I na pewno nie zapomni ) Kiedyś, przy okazji, usłyszę pytanie w stylu „ a pamiętasz ciociu, jak mi obiecałaś..?” Pamiętam do tego stopnia, że na tą wizytę pojechałam uzbrojona w mp 3-kę i „waka waka” Shakiry, bo „musiała” mi pokazać jak się do tego tańczy, a ciocia przecież ma gdzieś tą piosenkę.
Kiedyś przyszła, gdy byłam po jakiejś imprezie. Janek powiedział, że „ciocia jest zmęczona i jeszcze śpi”. Usiadła w kuchni i powiedziała, że „poczeka aż się ciocia obudzi” . Wytrzymałą jakieś 15 min ).
Kilka dni temu Paweł poprosił, żebym się Nią zajęła i później odwiozła do domu. Uwielbiam ten czas, który mamy tylko dla siebie. Siada naprzeciwko mnie i zaczynamy rozmawiać ).

Jak już sama będę mamą, to chcę, żeby moje dzieci miały z Nią kontakt. Już widzę jak się wymądrza i je instruuje ).
Zostawiła swoje fioletowe paputki z różowymi kwiatkami…Stoją w korytarzu. Widzę je każdego dnia, gdy wracam z pracy i nie mam siły ich sprzątnąć…


Głosuj (0)
magg72 17 02 12 / 23:10:17 [komentarzy 0] Komentuj

O śmierci i umieraniu

Trzęsę się w środku. Emocje zaraz znajdą sobie ujście. Po raz kolejny dziś. Bolą mnie oczy od płaczu i głowa pewnie też. Ale coraz mniej czuję.   
Pamiętam jak jechaliśmy na narty do Włoch i Krzysiu opowiadał o książce, która zrobiła na Nim ogromne wrażenie „Rozmowy o śmierci i umieraniu”. Był wtedy zdrowy, miał kilka pomysłów na życie i niesamowity dar do opowiadania historii. Miał też boskie poczucie humoru i cudny, głośny śmiech.
W kolejce do wyciągu w Madonnie przedstawił cały skecz kabaretu Mumio. Nie tylko my płakałyśmy ze śmiechu…Nie wiem czy jeszcze z kimś będzie można w ciągu 20 minut przedyskutować dogłębnie kwestię zużywania papieru toaletowego, posłuchać o rodzącej karaluszycy, czy omówić strategię oddania kału do analizy w klozecie bez półki….Nie wiem czy będzie można do późnych godzin dyskutować o sensie życia, nałogach, pragnieniach, namiętnościach, bólu. Tak szczerze i wnikliwie.
Mogłabym tak jeszcze długo.
Słyszałam gdzieś, że gdy masz raka, to albo on cię zabije, albo chemia. Tak, są też tacy, którym się udało i żyją… Tych się uczepiłam.
W kwietniu zadzwonił z pytaniem czy planuję jakiś spływ, bo on chętnie by się zabrał. Namawiałam Go na spływ w maju. W połowie rozmowy napomknął, że ma chłonniaka na wątrobie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to rak. Naiwnie zaproponowałam, żeby po pierwszej chemii zabrał się na ten spływ. Miał mieć dziewięć chemii. I miał. Po każdej kolejnej, mimo że był coraz słabszy powtarzałam, że już coraz bliżej końca. Mówiliśmy o wyprawie do Rumunii. Gdy to nie wypaliło, były inne plany. Był coraz słabszy. Bałam się rozmowy z Nim. Nie wiem dlaczego…W sierpniu  Tola zabrała Go do Bydgoszczy… I to był ten sam Krzychu, którego znaliśmy! Nieważne, że chudziutki, słaby i o kulach. Siedzieliśmy w ogrodzie – znów opowiadał swoje historie niesamowite, znów się śmialiśmy. A później rozmawialismy o tym, że na pewno z tego wyjdzie. Ktoś Mu zasugerował, że musi zmienić towarzystwo ze zdrowego na chore…Bał się tego bardzo. Czuł, że nie pasuje do takiej grupy. Wybiłyśmy Mu to z głowy.
Ostatni raz widziałam Go na naszej X rocznicy. Jak ja się cieszyłam, że przyjechał
W listopadzie już nie miał siły się z nami zobaczyć.. Rozmawialiśmy przez telefon krótko. Powiedział, że wykryto coś na mózgu. I niewiadomo co to jest. Tak bardzo mnie wcięło, że powiedziałam coś głupiego w stylu „wyjdziesz z tego”. Byłam pewna, że za chwilę koniec chemioterapii, a tu nagle przerzuty! Był zrezygnowany. Ja też.
Gdy bardzo chora i bliska osoba mówi „boję się śmierci”, odpowiadasz „przestań o tym myśleć, skupmy się na życiu” i dla ciebie to koniec tematu. Tymczasem ona myśli o tym, tym intensywniej, im gorzej się czuje. A my nie umiemy podjąć tematu. Może powinniśmy chociaż wysłuchać…
Miałam taki plan, żeby w tym tygodniu do Niego zadzwonić. Miałam Mu tyle do powiedzenia, ale i właśnie chciałam posłuchać….
Tymczasem wczoraj rano Krzysiu umarł. Serce nie wytrzymało.
Już wiem jak to jest, gdy odchodzi przyjaciel…
Pytanie „dlaczego?” jest bez sensu, bo nawet jeśli poznam odpowiedź, to nie zmieni to faktu, że Jego nie ma.
Może dlatego moja pierwsza reakcja była „o kurwa no!”
A gdy atakują wspomnienia, znów kurczę się i  trzęsę.


Głosuj (0)
magg72 6 12 11 / 23:44:51 [komentarzy 0] Komentuj

Dwa lata

To dużo czy mało? Mam wrażenie, że zmieniło się wszystko.
Święto Zmarłych jest Dniem Matki.
21 października kiedyś datą bez znaczenia, teraz bolesnym wspomnieniem.
Druga rocznica śmierci Mamy.
Pusto mi bez niej. Smutno. Samotnie.
Tym razem wróciły sceny z dnia przed Jej śmiercią. Poczułam to, co wtedy. To jak wpadłam do szpitala pełna energii i nadziei, z mleczkiem, tonikiem. Miałam wtedy plan odświeżyć jej twarz, wetrzeć balsam, chciałam poczytać.
Tymczasem zobaczyłam ciśnienie na monitorze i przeraziłam się. Za chwilę udawałam, że 100/20 jest ok. Nie chciałam słuchać, że wcześniej było jeszcze niższe.
Był u Niej ksiądz. Kolejny skurcz serca ze strachu. I znów było ok., gdy usłyszałam, że to „namaszczenie chorych”.
Byłam u Niej krótko. Bolało, gdy patrzyłam. Czułam podskórnie, że coś jest nie tak.
To niesamowite jak nadzieja potrafi wyłączyć rzeczywistość. Jak głusi i ślepi jesteśmy wtedy na fakty.
Pamiętam moment, już w domu, gdy pomyślałam, że nie chcę, żeby się tak męczyła. Rozmowę z Moniką po fitnessie i pierwszą myśl o śmierci.
Myślałam o tym wszystkim i płakałam. Pewnie tak będzie już zawsze. Te wspomnienia przychodzą nagle i wtedy poddaję się im.
Do dziś jest ten ułamek sekundy, w którym przebłyskuje myśl, że „muszę Jej coś powiedzieć”. Śni mi się. Śmieje. Czuwa nad nami.
I coś zaczynam rozumieć. Np. to, że nie ma przypadków i że osoby, które spotykamy, spełniają jakąś rolę w naszym życiu. Chociażby Adam, kolega z podstawówki, który miał koleżankę w ośrodku adopcyjnym. Teraz już nie mam z Adamem kontaktu…
A to, że od kilku miesięcy czekamy na decyzję kredytową, żeby móc spłacić Pawła? Wszyscy są zmęczeni tym czekaniem. Wyrzekłam się wakacji, planów, celów, bo wciąż tkwimy w zawieszeniu… No więc z jakiegoś powodu tyle to trwa i nie jest pewne. Stosunki z Pawłem nam się dość napięły, ale może to jest egzamin dla nas? Przestałam się już ciskać. Wciąż silnie wierzę, że w końcu się ułoży – on będzie miał swoje mieszkanie, my dom.
Tylko pewnie na wszystko jest odpowiedni czas. Z jakiegoś powodu.
Dziś byłam na cmentarzach i czyściłam pomniki. Taki ciepły, dobry dzień. Generalnie nie cierpię czyścić, myć, sprzątać. Dziś było mi z tym dobrze. Czyściłam przy okazji. Bo głównie to sobie gadaliśmy. Z Mamą, Babcią, Dziadkiem )


Głosuj (0)
magg72 29 10 11 / 19:55:24 [komentarzy 1] Komentuj

LUB rodzeństwo...


….wynegocjowane, wywalczone...Coś co miało być oczywiste.
Mam wrażenie, że ostatnio wciąż o coś walczę. I nie jest to nawet walka otwarta, z bronią i tarczą. Napotykam na przeszkody, pokonuję je i idę dalej. Za chwilę znów coś wyskakuje. Za dużo tego naraz.
Mamy do zapłacenia podatek w wysokości ok. 11 tyś zł. Bo po sprawie spadkowej nie zgłosiliśmy w Urzędzie Skarbowym faktu, że nabyliśmy (tata, Paweł i ja) dom po Mamie. Nie wiedzieliśmy, że trzeba to zrobić. Nieważne. Już nawet nie chcę o tym myśleć.
Paweł wpłacił zaliczkę na mieszkanie. My mamy mu przekazać kasę. A wciąż nie mamy decyzji z banków odnośnie kredytu. Byłam pewna, że nie będzie z tym żadnego problemu.
Tym samym pożegnałam się z wakacjami w tym roku – akurat wszystko się rozstrzyga w czasie, kiedy mieliśmy chłonąć Rumunię.
Rozmawialiśmy w Ośrodku o ich decyzji, o kwalifikacji, jaką otrzymaliśmy. I co się okazało? ) JA jestem sporym problemem. Jestem zbyt aktywna. Mam za dużo hobby i za duży apetyt na życie. I niewiadomo, czy będę umiała ze wszystkiego zrezygnować.
Prawdopodobnie byłoby lepiej widziane, gdybym siedziała w domu i czekała na dzieci. Może być, że do dwóch lat. Oczywiście bezczynnie i z pełną gotowością do rezygnacji ze wszystkiego, co mnie do tej pory wypełniało.
Nie komentuję już. Bo przebolałam, przetrawiłam i popłynęło pewnego dnia strumieniem. Nastąpiła kumulacja wszystkich niepowodzeń i rozczarowań. Dodatkowo załamałam się, że nie potrafię wpaść w jakąś depresję czy chociaż dół i popławić się w bólu. Uświadomiłam sobie, że za chwilę znów będę miała nadzieje i zacznę pragnąć. A paradoksalnie to właśnie jest najbardziej dobijające. Gdybym nie miała tych swoich pragnień i marzeń, nie czułabym rozczarowań.
Napisaliśmy odwołanie od kwalifikacji. W związku z tym zostaliśmy zaproszeni na kolejną rozmowę)To były regularne negocjacje. „Co chcielibyśmy mieć wpisane?” – „Jedno lub dwójka dzieci”. „trudno obecnie o dwójkę” „OK., ale nie chcemy być ograniczeni w kwalifikacji, bo jeśli akurat trafi się rodzeństwo dla nas, nie chcemy być zdyskwalifikowani tylko dlatego, ze mamy wpisane jedno”… Zgodziły się na dopisanie „lub rodzeństwo”. Oczywiście jeszcze musiała to zaakceptować Szanowna Komisja.
Obradowała w piątek. Miałam dzwonić dziś, żeby się dowiedzieć czy przeszło. I przeszło )Uffffff.
Nie umiem skakać z radości z tego powodu, bo cały czas byłam przekonana, że to nam się należało.
Więc powiedzmy, że jest jakiś krok do przodu.
Potrzebuję wakacji i słońca. I trochę spokoju.
Tymczasem czekam na kolejne decyzje – bank, urząd….


Głosuj (0)
magg72 19 09 11 / 23:06:40 [komentarzy 0] Komentuj

Rozczarowanie

Ręce mi opadły. I skrzydła też. Myślałam, że teraz nasze dzieci to tylko kwestia czasu. Dostaliśmy piękny papier na zakończenie PRIDE’a. Zaplanowaliśmy wakacje w Rumunii w takiej opcji, że w każdej chwili możemy z nich zrezygnować. Jest plan, ale żadnych rezerwacji, żadnych przedpłat. Nadal nie mieliśmy opinii z Ośrodka. Szczerze mówiąc miałam ją gdzieś. Byłam pewna, że to czysta formalność.
Pewnego dnia zadzwonił telefon, a gdy zobaczyłam nr z Ośrodka, zrobiło mi się gorąco. Nasze dzieci już są??? I w tym samym momencie wielka ulga, że obyło się bez czekania. Nawet nie przypuszczałam, że bardziej się ucieszę niż przestraszę. Za chwilę okazało się, że to nie taka informacja, jakiej się spodziewałam. Weszła nowa ustawa. Mają zrobić rozdział ośrodków adopcyjnych od ośrodków opieki zastępczej. Wojewoda ma zdecydować, które ośrodki z istniejących zostają. Najpierw pomyślałam, że to dobrze. Już na szkoleniu odczuliśmy, że niektóre tematy w ogóle nas nie dotyczą, jak np. ten o podtrzymywaniu więzi z rodzina biologiczną. Jednocześnie przyszło mi do głowy, że nie byłoby dobrze, gdyby nasze papiery poszły gdzieś w Polskę do ludzi, którzy na oczy nas nie widzieli. Chodziło o to, żeby podpisać petycję do Wojewody, żeby zostawili Nasz Ośrodek. I to podpisać jak najszybciej. Pojechaliśmy chyba następnego dnia. Zauważyłam, że w kwestii adopcji i różnych „próśb” Ośrodka wszystko inne odstawiamy w kąt. Nie było kobiet, które prowadziły z nami PRIDE’a. W ogóle nikogo znajomego. Przy okazji odebraliśmy nasze opinie, czy tez kwalifikacje - zwał jak zwał. I wtedy mnie wcięło…Przez pół strony bla bla bla i najważniejsze:
„ośrodek zakwalifikował pana/panią XY do pełnienia funkcji rodziny adopcyjnej dla jednego dziecka w wieku poniemowlęcym”… Jednego??? W wieku poniemowlęcym??? O co chodzi?? Nie było z kim tego wyjaśnić. Początkowo stwierdziliśmy, że pewnie nie ma się czym przejmować. Nawet żartowaliśmy, że skoro każde z nas dostało osobno kwalifikację na jedno dziecko, to oboje mamy na dwójkę ). Miałam zadzwonić w następnym tygodniu, jeśli chciałam dowiedzieć się czegoś więcej. Przyznam, że wyleciało mi to z głowy, ale w środę sobie przypomniałam. Odebrała pani M. To z nią chciałam rozmawiać Była najbardziej komunikatywna. Znała nas, bo miała też z nami spotkania indywidulane. Zapytałam, o co chodzi z tą opinią. Dlaczego jedno dziecko, a nie dwójka?
Pani M: „już nie pamiętam pani Magdo, ale widocznie komisja tak uznała”
Ja: „Komisja, czyli kto?” – Byłam spokojna.
Pani M: „poza nami jeszcze dwie panie psycholog, kierownik ośrodka /i pewnie jeszcze kilka ktosiów, których nie zapamiętałam/….nie pamiętam, dlaczego tak zdecydowali. Widocznie uznali, że z dwójką może być Państwu zbyt ciężko”. Zdziwiłam się. Owszem, pojawiały się w mojej głowie wątpliwości, ale kobiety zapewniały nas, że damy sobie rade, jeśli w to wierzymy.
Ja: „panie ani razu tego nie zakwestionowałyście, a to wy nas znacie. Rozmawiałyście z nami na ten temat. Od dawna wnioskujemy o dwójkę." Pani M: „Dużo się zmieniło. Ciężko teraz o rodzeństwo. A pani psycholog na rozmowie podsumowującej nie wspominała nic na temat dwójki?”
Ja: „właśnie nie. I powiem pani szczerze, ze opinia pani psycholog, która miała problem z oceną Janka tylko dlatego, że jest małomówny, nie jest dla mnie miarodajna. Zastanawiała się nawet, czy nie jest wyalienowany i dzieci nie będą mu przeszkadzały.” Zawsze, gdy to sobie przypomnę to nie wiem czy się zaśmiać, czy ubolewać nad kwalifikacjami tej pani.
Pani M: „hm… /akurat ona wyraźnie Janka polubiła, więc pewnie jej też to nie pasowało/ może pani psycholog odniosła takie wrażenie?”
Ja: „wydajecie opinie na podstawie wrażenia?”
Pani M: „ No nie…”
Czułam, że przestaję być potulną kandydatką na mamę adopcyjną. I zaczęło mi być wszystko jedno, co sobie pani M o mnie myśli.
Ja: „co oznacza termin wiek poniemowlęcy?” – kontynuowałam.
Pani M: „tak powyżej roczku”
Ja: „przecież wnioskowaliśmy o niemowlaka, jeśli to miałoby być jedno dziecko”.
Pani M: „ale za jakieś dwa lata będzie miała pani powyżej 40-stki. Niemowlaka można adoptować do 40 lat”.
Trzepnęło mną. Ale co dziwne, nadal byłam spokojna. Nawet mówiłam cicho. Aczkolwiek chyba dość wyraziście. Od samego początku z tym był rzekomo najmniejszy problem. I w ogóle co to za termin? Jeszcze dwa lata? Kiedy nie zapytamy, to zawsze będą dwa lata?
Ja: „dlaczego nikt nie powiedział nam tego wcześniej? Przecież od początku wnioskowaliśmy o niemowlę. Nigdy nie usłyszeliśmy, że nie mamy szans. Wręcz przeciwnie”
Pani M: „obecnie jest straszny problem z adopcją. Nie ma dzieci. Państwo postanowiło pracować jak najdłużej z rodziną biologiczną… Ale takie 3-latki tez są fajne pani Magdo”
Wiem, że próbowała jakoś załagodzić. Nie tędy droga! To one powtarzały, że taka decyzja jest do końca życia! Nie można jej podejmować pod wpływem chwili, machnąć ręką „spoko, jakoś damy radę”.
Ja: „pani M, wszystkie dzieci są fajne. Nam chodzi o to, żeby nawiązać z dzieckiem jak najszybciej więź” – to już powiedziałam bardzo cicho.
Pani M: „rozumiem”
I wiem, że rozumiała. Ale co z tego? Byłam zrezygnowana.
Ja: „nie wiem już teraz o kogo wnioskujemy. Jedyne kryteria, jakie wskazaliśmy zostały podważone. Nasze kwalifikacje zupełnie się z nimi nie pokrywają. Nie chciałabym, żeby doszło do takiej sytuacji, że za dwa lata zaoferujecie nam jakieś dziecko, a my zdecydujemy się od razu, tylko dlatego, że tyle czekaliśmy”
Pani M: „niech pani tak nie mówi…Na pewno gdy zobaczymy, ze jest jakieś dziecko, dla którego będziecie najbardziej odpowiednią rodziną, zadzwonimy do was”.
Tak sobie pomyślałam.. .A czym my będziemy się różnili od wszystkich pozostałych czekających na swoje dzieci?
Dobrze, ze ugryzłam się w język, bo miałam na końcu języka „już to widzę”.  I tu się zdziwiłam, bo panią M chyba naprawdę coś ruszyło.
„Pani Magdo, a może chcecie się z nami jeszcze raz spotkać? zweryfikujemy wasze papiery, porozmawiamy na spokojnie?”
Mi nie był potrzebny spokój, lecz zrozumienie tego wszystkiego. Nadzieja. Nie ma nic gorszego niż utrata wiary i zaufania. To też czułam. Nagle okazało się, że cos co było dla mnie pewnikiem, przestało nim być. Co jeszcze musimy zrobić, żeby w końcu mieć nasze dzieci przy sobie?
Mimo wszystko, mam wrażenie, że to ja byłam spokojna podczas tej rozmowy. Możliwe, że pani M mnie rozumie. Rozumie nas. Aktualnie pewnie jednak bardziej martwi się o swoją przyszłość, niż przejmuje naszym losem.
Umówiłyśmy się na ten tydzień. Nie wiążę zbyt wielu nadziei z naszym spotkaniem…
Czuję, że nie ma sensu kurczowe trzymanie się jednego ośrodka. Słyszałam, że ludzie rozsyłają papiery po ośrodkach w całej Polsce. Ja chciałam być lojalna. Chciałam cierpliwie czekać na swoją kolej. Rozmawialiśmy z Jankiem. Też jest rozgoryczony. I tez nie chce czekać z założonymi rękoma.


Głosuj (0)
magg72 25 07 11 / 21:57:35 [komentarzy 0] Komentuj

26 maja II

Drugi Dzień Matki bez Mamy. Dzień Matki bez dziecka. Kolejny już.
Cmentarz pełen ludzi, kwiatów i słońca… Możnaby pomyśleć, że to radosne święto. Ogólnie rzecz biorąc – radosne. Ale nie w tym miejscu. Zauważyłam, że to jedna z niewielu okazji, gdy mogę z Mamą spokojnie porozmawiać – sam na sam. Tym razem nie płakałam, choć było mi przeraźliwie smutno. Bo tego dnia najbardziej czuję, że Jej nie ma.
Czeka nas tyle zmian.  Rewolucji wręcz.
Nastawiłam się, że nasze dzieci przyjdą do nas za kilka miesięcy. Ale już zaczynam czekać na ten dzień. Myślę jakie będą. Ile będą miały lat? Chłopiec i dziewczynka? Tak bardzo chciałabym żeby były zdrowe. 
Tata szczęsliwy. Odżył. od przeprowadzki był tylko raz. Nie nastawia się na częste wizyty - nie ma czasu )Jestem więc o Niego spokojna. Paweł odcina pępowinę od domu rodzinnego. Nareszcie ) dla Niego nareszcie.  Jest podekscytowany. Spełniło się jego marzenie - był w Nowym Jorku. I wcale się nie dziwę, że tak Go teraz nosi. Skądś to znam )
My mamy przejąć dom… Nic za darmo oczywiście. To mnie trochę przeraża. Kredyt do wczesnej starości… Dziś ten dom wydaje się taki duży.  Kiedyś mieszkało w nim tyle osób..Dziadek, babcia, Mama, Tata, my z Pawłem. A był moment, że i wujek Bogdan z rodziną.
Teraz wydaje się pusty. Trzeba w niego tchnąć nowe życie. I to nasze zadanie )


Głosuj (0)
magg72 27 05 11 / 16:42:29 [komentarzy 0] Komentuj

Dyplomowani Rodzice

Od jakiegoś czasu możemy się poszczycić dyplomami ukończenia szkolenia PRIDE.
W maju Wszyscy Święci będą jeszcze oficjalnie debatować nad tym czy psychicznie, fizycznie, emocjonalnie i pod każdym innym względem nadajemy się na rodziców. Śmiem przypuszczać, że to już czysta formalność)
Odbyliśmy ciekawą, ostatnią rozmowę z kolejną panią psycholog)Najpierw przedstawiła swoją opinię o mnie: „dość wyraziście kształtuje mi się pani osobowość – dużo energii, pasji, otwartość, radość życia” bla bla bla. Nakreślenie moich cech było o tyle proste, że się z nimi nie kryję) Achh…pani wyraziła małe zwątpienie, czy będę umiała bez wielkiego bólu poświęcić tyle czasu dziecku, nawet dzieciom (bo chcemy dwójkę) „jest pani taką…pozytywną egoistką – podejmuje się pani nowych wyzwań, dużo czasu poświęca pani na różne hobby – dzieci zabiorą pani ten czas”. No cóż )gdyby były dzieci, nie poświęcałabym czasu na „nowe wyzwania” czy „różne hobby” ) Pani psycholog nie muszę o tym zapewniać. Wystarczy, że ja nie mam takich obaw.
Był czas, że też się martwiłam, co z moimi pasjami – czy się nie zapuszczę fizycznie i intelektualnie. Ostatnio jakoś mi przeszło.
Natomiast, gdy pani przeszła do rysu osobowościowego Janka, miała dylemat ) „Pan nie jest tak wyrazistą postacią i nie wiem, czy jest pan zamknięty w sobie i unika pan ludzi, czy może jest pan towarzyski, ale małomówny”, „czy dzieci nie będą pana męczyły” „czy pan tez chce mieć dwójkę dzieci, czy to pomysł żony”…
Widziałam jak Jasiu się wije, bo on nie cierpi takich pogadanek i takiego wnikania. Co prawda chwilę wcześniej usłyszałam, że jestem „adwokatem rodziny”, to jednak nie wytrzymałam i po dłuższej chwili znów się odezwałam.. Jest jaki jest – nie lubi mówić o sobie, woli działać, dzieci uwielbia, a dzieci lubią jego, bo on je uczy – ja z dziećmi szaleję, on im pokazuje jak wszystko funkcjonuje, uczy samodzielności. W towarzystwie jest uwielbiany za swoje trafne spostrzeżenia – ja trzepię pięć zdań, on dwa słowa i zawiera w nich całe sedno. A to, że ma być dwójka i wiara, że damy radę, to przecież jego pomysł nie mój) Oczywiście, pani psycholog nie może tego wszystkiego stwierdzić na podstawie śmiesznych testów czy lakonicznych wypowiedzi Janka w Księgach Życia (po każdej sesji odpowiadaliśmy na dziesiątki męczących pytań w Księgach Życia). Myślę, że po tej rozmowie wiedziała już co napisać )

Tak swoją drogą zauważam, że ostatnio temat adopcji staje się modny i popularny. To dobrze. Co prawda często traktowany jest powierzchownie i dość upraszczany, ale osobom bliżej zainteresowanym niektóre kwestie zawsze możemy wyprostować ) Zadanie jest o tyle łatwiejsze, że gdzieś dzwoni. Nam - o tyle wyraźniej, że mniej więcej wiemy, w którym kościele. Podczas szkolenia, po tych wszystkich przeczytanych lekturach i zasłyszanych historiach, miałam mętlik w głowie i kościoły zaczynały mi się mylić ;) Wyobrażałam sobie jak to będzie, próbowałam odnieść do sytuacji mi już znanych i przeżytych. Za każdym razem uświadamiałam sobie, że nie było jeszcze takiej sytuacji! Jeśli wydarzało się coś nowego, później i tak dążyłam do stanu bezpiecznego, mi już znanego.
Cieszyłam się, że jesteśmy bliżej finału całej tej procedury, ale jednocześnie bałam się. Dalej już tylko czekanie na telefon z Ośrodka.
Teraz jesteśmy właśnie na tym etapie. Obawy minęły. Myśli zaczęły się układać.
Telefon może być za tydzień. Może być za rok. Usłyszymy, że gdzieś jest dwójka małych dzieci –rodzeństwa, które wydają się być naszymi dziećmi. Tzn. że odpowiadają naszym preferencjom, ale i my wydajemy się być najbardziej odpowiedni dla nich. Mogą być nawet fizycznie do nas bardzo podobne. Zapoznamy się z ich „kartoteką”, zanim nastąpi pierwsze spotkanie. Możemy stwierdzić, ze to jednak nie nasze dzieci. Coś jednak czuję, że będę chciała je zobaczyć, zanim cokolwiek stwierdzimy. Po tym spotkaniu powinniśmy już wiedzieć, czy jesteśmy zdecydowani. Nie możemy spotykać się z dziećmi po to, żeby za jakiś czas nam się odwidziało. Jeśli będziemy mieli jakiekolwiek wątpliwości na samym początku, lepiej się nie angażować. A przede wszystkim lepiej, żeby dzieci się nie angażowały. Z takim nastawieniem czekamy na telefon, nie uzależniając się od tego czekania ) Myślę nawet, że wyjdzie nam w tym roku Rumunia, we wrześniu. A po powrocie zaczniemy przygotowywać życie na wkroczenie w nie naszych dzieci. Cos jak 9-miesięczna ciąża – w połowie stycznia zaczął się kurs)


Głosuj (0)
magg72 8 05 11 / 17:41:23 [komentarzy 0] Komentuj

Bajka o Bocianie

Pewnego razu żyli sobie Mama i Tata, którzy nie mieli Dziecka.
Latami przygotowywali się na jego przybycie:
w domu czekał pokoik pełen zabawek, książeczek i pluszaków. Nie miał kto się nimi zająć, więc zabawki czekały na swojego opiekuna,
Na podwórku stała huśtawka, na której bujał się wiatr.
Latem w baseniku kąpały się rybki i kaczuszki, ale łódka sama nie umiała pływać.
W piaskownicy był tylko piasek i foremki. Nie było zamków. Nie było babek z piasku, bo nie miał ich kto zbudować.
Mama i Tata bardzo często siadali przy oknie i wypatrywali Bociana. Zdarzało się czasem, że przelatywał koło ich domu z zawiniątkiem w dziobie. Serce im wtedy szybciej biło. Myśleli, że Bocian wreszcie do nich zawita, ale zawsze leciał gdzieś dalej. Smutno im się wtedy robiło, lecz nie tracili nadziei.
Pewnego dnia zobaczyli, że Bocian leci prosto do ich domu. W dziobie nie trzymał zawiniątka, lecz koszyczek. Zaczął krążyć nad ich domem. Nie zastukał jednak do okna, ani do drzwi. Zniknął w ogrodzie i wylądował pomiędzy słonecznikami. Mama i Tata wybiegli na podwórko tak szybko, jak tylko potrafili. Chcieli sprawdzić, czy Bocian naprawdę przyleciał do nich i co ma w koszyczku.
Bocian wyglądał na bardzo zmęczonego. Koszyk, który trzymał w dziobie okazał się ciężki. Gdy się do niego zbliżyli, Bocian powiedział:
- Witajcie. Mam dla Was coś, na co czekacie od dawna.
Mama nachyliła się nad koszykiem i zapytała Bociana:
- Czy możemy zajrzeć do środka?
- Tak, to przecież Wasze Dziecko – odpowiedział Bocian.
I gdy Tata odsłonił kocyk, ujrzeli przestraszone Dziecko.
- Pewnie źle znosi loty – powiedział Tata, gdy zobaczył przestraszone oczy Dziecka i wyciągnął je z koszyka.
Wtedy oboje się zdziwili. Dziecko nie było niemowlakiem – a bociany zwykle przynosiły malutkie dzieci. Nie miało w buzi smoczka i nie płakało. Jego skóra pokryta była czerwonymi, niebieskimi, żółtymi i białymi łuskami.
Bocian widząc zaskoczenie Rodziców, powiedział:
- Trzy lata temu pomyliłem domy i Wasze Dziecko znalazło się u innej Mamy i innego Taty. Bardzo mi przykro, że musieliście tyle czekać.
Ale Rodzice nie byli zmartwieni. Ucieszyli się, że ich Dziecko nareszcie jest razem z nimi. Nie wiedzieli tylko skąd wzięły się łuski na całym jego ciele. Zapytali o to Bociana, który wyjaśnił:
- Te łuski są jak pancerz. Chroniły wasze Dziecko, zanim nie znalazło się we właściwymi miejscu. Teraz już nie będą mu potrzebne.
Mama i Tata nakarmili Bociana i dali mu pić. Później odleciał w swoją stronę.
Rodzice dali Dziecku na imię Anielka, bo to była dziewczynka.
Anielka nie odzywała się do nikogo. Ani do zabawek, ani do rybek i kaczuszek w basenie, ani nawet do Rodziców. Mama i Tata wiedzieli, ze przebyła długą drogę i nie pytali o nic.
Minął jakiś czas. Anielka zauważyła, że zabawki w jej pokoju są smutne. Nie wiedziała dlaczego – przecież nie były już same. Zaczęła zdejmować je z półek i bawić się nimi. Pluszaki zabrała do łóżka. Otworzyła książeczki i na kartkach zaczęły tańczyć kolorowe obrazki. Od tamtej pory zabawki przestały być smutne. A Anielce odpadły wszystkie czerwone łuski.
Minęło trochę więcej czasu. Było gorące lato. Rybki i kaczuszki pływały samotnie w baseniku i spoglądały tęsknie na Anielkę. Czekały, aż wejdzie do wody i zacznie bawić się z nimi. Anielka zobaczyła łódkę i zdziwiła się, że nie pływa. Tylko unosi się na wodzie. Weszła do baseniku i wzięła ją do rąk. Pchnęła lekko i łódka radośnie popłynęła. Rybki i kaczuszki przestały być same. A Anielce odpadły wszystkie niebieskie łuski.
Minęło jeszcze trochę czasu. Piaskownica była pełna piasku, foremek i wiaderek. Ale foremki i wiaderka wciąż były puste. Anielka nie wiedziała jak zrobić babki i zbudować zamek. Wtedy Mama pokazała jej, że może nasypać piasku do wiaderek, uklepać łopatką i odwrócić do góry dnem, tak, żeby piasek nie wypadł. Anielka z Mamą zbudowały zamek, fosę, a z gałązek zrobiły drzewka. Piaskownica ożyła. A Anielce odpadły żółte łuski.
Minęło jeszcze trochę czasu. Anielka słyszała jak wiatr tańczy samotnie na huśtawce. Nigdy wcześniej się nie bujała. Bała się usiąść na huśtawce. Bała się, czy nie odleci za wysoko. Tata zrozumiał, że Anielka się boi. Posadził ją delikatnie. Powiedział, żeby mocno się trzymała, a On nauczy ją tańczyć z wiatrem. Dopiero, gdy zobaczyła, że Tata jest przy niej, poczuła jaka to wspaniała zabawa. Leciała wysoko i za chwilę była na dole. Wtedy Anielka zaśmiała się w głos i odpadły jej wszystkie białe łuski.
Po jakimś czasie Mama, Tata i Anielka siedzieli na ławce przed domem, okryci kocem. Dni były już coraz krótsze, kaczuszki i rybki przestały pływać w basenie, bo było za zimno. Mama i Tata patrzyli na Anielkę i uśmiechali się do siebie szczęśliwi. Nie miała już łusek i śmiała się często. Anielka patrzyła w niebo i nagle zobaczyła lecącego Bociana. Wtedy odezwała się po raz pierwszy:
- Mamo, Tato – Bocian leci!!!!


Głosuj (0)
magg72 26 03 11 / 23:29:35 [komentarzy 0] Komentuj

Wątpliwości

Nie jestem pewna, czy my przypadkiem nie jesteśmy przesadnymi optymistami? Czy na pewno damy radę z dwójką dzieci naraz? Z jednym dzieckiem obciążonym przeszłością może być ciężko, a co dopiero, gdy będzie ich dwoje?
Zapadają mi w głowie kolejne historie dzieci:
2-letniego Piotrusia, który przez całe swoje dwuletnie życie nie poznał czułego dotyku i nikt nie reagował na jego potrzeby – gdy był głodny, gdy coś go bolało, gdy czegoś się bał. Aż w końcu nauczył się przestać je okazywać. Bo po co?
Innego chłopczyka-noworodka, zostawionego gdzieś w lesie … Wcześniej wydawało mi się, że tak malutkie dziecko, które nie zdążyło jeszcze doznać krzywdy ze strony Świata, nie ma obciążeń. Bo przecież nic nie pamięta. Krótko potem został adoptowany. A okazuje się, że coś musiało w psychice zostać – nawet, gdy podrósł, był zalękniony, wycofany i nadwrażliwy.
Ostatnio poznaliśmy historię 5-letniej…nazwijmy ją Julka. Na szkolenie przyszli Jej rodzice adopcyjni. Notabene, okazało się, że znam faceta ) Skończyli szkolenie jesienią i nastawili się na roczne-dwuletnie oczekiwanie na niemowlę. Tymczasem zjawiła się Julka, niesamowicie do nich podobna. Oczywiście na początku mieli zawahanie, przecież chcieli niemowlę. Ostatecznie Ją poznali i od razu poczuli, że to Ich córka. Ciekawa jestem jak to jest? Skąd bierze się ta pewność? Julka doznała najwięcej krzywdy ze strony ojca biologicznego. Nie wiem czy zasłużył na miano ojca. I wiele dni upłynie zanim przestanie myśleć o przeszłości.
Tych historii poznajemy dziesiątki. Te dzieci wciąż żyją w lęku, że za chwilę Źli Dorośli i tak ich zostawią. Nie okazują prawdziwie dziecięcych emocji, beztroskiego śmiechu czy tupania nogami w złości. Ich twarze zawsze na początku są stężałe, nie wyrażają uczuć. Budzą się nocy z płaczem i lękiem. Dzieci z normalnych rodzin w nocy odwiedzają Wróżki i Elfiki. Te dzieci odwiedza Przeszłość.
I ona sprawia, że wszystkie są „opóźnione w rozwoju”. Wcześniej takie opóźnienie kojarzyło mi się z upośledzeniem, czy chorobą. Okazuje się, że brak opieki, zaniedbanie, maltretowanie, krzywdzenie emocjonalne i fizyczne zatrzymuje rozwój dziecka. Ono nie ma szans się rozwijać, bo nie ma odpowiednich bodźców.
Czeka nas trudne zadanie nadrobienia tych strat, pomoc w nabraniu zaufania do nas i do Świata. Nie boję się pomagać. Nie boję się opiekować czy wspierać. Boję się zniechęcenia, jeśli nie zobaczę efektów. Boję się tego, czy będę dostatecznie cierpliwa i wytrwała. Janek nie ma tych wątpliwości. Wierzy w nas, wierzy we mnie ) Może więc będzie ta dwójka…


Głosuj (0)
magg72 19 02 11 / 18:09:56 [komentarzy 2] Komentuj